Niewiasto, oto syn Twój... Oto Matka twoja

Słowo Trzecie

J 19, 26-27 

W tekście greckim, dziewięć szczególnych słów; zadziwiających słów. Zbyt złożonych jak na krótką homilię, zbyt bogatych jak na jedną medytację. Pozwólcie mi zatem zaproponować sposób widzenia tej ewangelicznej sceny, który ma trzy wyraźne zalety. Ma poparcie pewnych świetnych znawców Biblii; pięknie pasuje do symboliki, którą znajdujemy u Jana Ewangelisty; przyczynia się do trwałego, a mimo to porywającego nabożeństwa do Matki Bożej. 



Jeśli chcecie, możecie widzieć w tej scenie tylko to, co oczywiste. Kierując się troskliwym współczuciem, które było charakterystyczne dla całego Jego posługiwania, umierający Jezus zapewnia Matce opiekę po swej śmierci. W ten właśnie sposób niektórzy z wczesnych teologów i kaznodziejów chrześcijańskich rozumieli słowa Jezusa; a starodawna tradycja utrzymuje, że po śmierci Jezusa Jan rzeczywiście wziął Maryję do Efezu w Azji Mniejszej, aby zamieszkała w jego domu. 

Jeśli myślicie w ten sposób, teolodzy tacy jak ja nie będą komplikować waszego życia modlitewnego. Możecie być szczęśliwi, że jedna z ostatnich myśli Jezusa dotyczyła Jego Matki, matki, która straciła już męża, a teraz traci swego jedynego syna. Nawet jeśli „uciekł” od Maryi i Józefa w Jerozolimie w wieku lat 12, Jezus był dobrym synem, oddanym synem. Przypomnijcie sobie słowa Łukasza: „był im poddany” (Łk 2, 51). Kochał swą Matkę, głęboko się o Nią troszczył, podczas swego konania niepokoił się o to, jak Jej zapewnić środki do życia w kulturze, w której wdowa nie mogła dziedziczyć po mężu, była łatwą ofiarą bezwzględnych wierzycieli, nie miała obrońcy w sądzie, była zdana na łaskę nieuczciwych sędziów.

Tak, Jezus myślał o swej Matce. Jednakże jest tu więcej, niżby się wydawało. Widzicie, Ewangelia św. Jana przepełniona jest symbolami. Mam tu na myśli znaki zewnętrzne, które w tajemniczy sposób działają na ludzką świadomość, aby zasugerować więcej, niż mogą wyraźnie opisać lub określić, są bogate w głębię znaczenia raczej wywołanego niż jasno wyrażonego. Symbole to nie coś dziwnego, „zwariowanego”, co jajogłowi wymyślają w miasteczkach uniwersyteckich. Symbole składają się na dużą część ludzkiego życia. Pomyślcie o gwiaździstej fladze Stanów Zjednoczonych lub fladze Konfederacji; pomyślcie o limuzynach lub MTV; pomyślcie o Madonnie lub Martinie Lutherze Kingu jr; pomyślcie o Baranku Bożym; pomyślcie o chrześcijańskim krzyżu. 

A teraz powróćmy do Jana. To, że Jan miał na myśli coś głębszego niż synowska troska Jezusa o Matkę, jest sugerowane kilka razy. Mamy okrzyk „Oto”. To sformułowanie pojawia się u Jana kilka razy, kiedy chce wyjawić tajemnicę misji jakiejś osoby. „Oto Baranek Boży” (J 1, 29) wykrzykuje Jan Chrzciciel do dwóch swoich uczniów, gdy widzą przechodzącego Jezusa. Teraz tutaj, gdy sam Jan stoi obok Maryi pod krzyżem. „Oto syn Twój” szepcze Jezus do swej Matki. Potem do Jana: „Oto Matka twoja” (J 19, 26-27). Mając na uwadze tę scenę, przypomnijcie sobie ucztę weselną w Kanie. Tylko w Kanie i na Kalwarii mówi Jan o Matce Jezusa. W obu scenach Jezus zwraca się do swej Matki „Niewiasto” - nie jest to wcale zwrot niegrzeczny. Niewiele różni się od „Pani Matko”. Pamiętacie, jak na tym weselu Jezus najpierw odmówił prośbie Maryi o wino: „jeszcze nie nadeszła godzina moja” (J 2, 4). Na Kalwarii „godzina” Jezusa nadeszła i Maryja otrzymuje swą rolę w Bożym planie naszego zbawienia. W rzeczywistości, Jan sugeruje głębsze znaczenie, gdy mówi dalej: „Potem Jezus [był] świadom, że już wszystko się dokonało” (J 19, 28) - wszystko, co dał Mu do wykonania Ojciec. 

Jednakże, jaka dokładnie jest tutaj ta uderzająca symbolika? W tej szczytowej godzinie w odkupieniu naszego świata, poprzez śmierć jedynego Syna Boga, mężczyźni i kobiety mają być ponownie stworzeni, stworzeni na nowo jako dzieci Boże. I Jezus mówi nam, że Jan i Maryja, Jego „umiłowany uczeń” i Jego Matka, są symbolami. Jan symbolizuje, przedstawia, oznacza chrześcijanina, każdą siostrę i każdego brata Chrystusa. A Maryja symbolizuje, przedstawia, oznacza Kościół, który jak Córa Syjonu w Testamencie hebrajskim po bólach rodzenia z radością wydaje na świat nowy lud. Po prostu, Maryja pod krzyżem staje się symbolem Kościoła - Kościoła, który musi wydać na świat dzieci ukształtowane na wzór Jezusa. A Maryja z Janem to symbol „relacji, która musi wiązać dzieci ze swą matką”.

A wszystko to sprowadza nas do... nas samych. Co z nami? Scena na Kalwarii stawia katolika twarzą w twarz z dwiema rzeczywistościami ściśle połączonymi z katolicyzmem: Matką Bożą i Kościołem. Kilka dziesięcioleci temu prawie „straciliśmy” Matkę Bożą. Zbyt wielu katolików uważało, że poświęcamy Jej nadmiernie dużo uwagi, że oddajemy Jej cześć boską, zamiast głębokiego poszanowania, przeciwstawiamy „matkę miłosierdzia” sprawiedliwemu sędziemu Jezusowi. Starali się oni pokazać, gdzie jest „miejsce” Maryi. W rezultacie tego miejsca... nie było. Zniknął różaniec, nowenny, figury, palące się światła... Maryja. 

Nie, drodzy przyjaciele. Zobaczyliśmy z niezwykłą jasnością, jak niezastąpiona jest Matka Boża. Jest ona Matką jedynego Syna Boga - nie tylko była, ale jest, właśnie teraz i na wieki. Jest uczniem doskonałym, pierwszorzędnym przykładem bycia uczniem; albowiem Maryja bardziej doskonale niż jakakolwiek inna wyłącznie ludzka osoba słyszała słowo Boże i spełniała je, powiedziała Bogu „tak" w Nazarecie i mówić „tak” nigdy nie przestała. Odsłania także to, co wnikliwi teolodzy nazywają „kobiecą twarzą Boga”; w swej własnej osobie wyjawia bowiem aspekty Boga, które zwykle przeoczamy: „wszystko, co jest twórcze i rodzące życie, wszystko, co karmi i żywi, wszystko, co jest dobrotliwe, co pielęgnuje i podtrzymuje, wszystko, co jest pełne troski i współczucia... Wszystko matkowanie na ziemi ma swe źródło” w naszym matkującym Bogu. Maryja pokazuje to nam wszystkim, pokazuje nam to, czego nauczał papież Jan Paweł I w jednym z niedzielnych kazań podczas swego krótkiego pontyfikatu: Bóg jest nie tylko ojcem, ale „nawet bardziej matką”, która chce tylko nas kochać, nawet i zwłaszcza wtedy, gdy jesteśmy niedobrzy. 

I tego popołudnia, pod krzyżem, widzimy Matkę Bożą jako symbol Kościoła. Przedstawia ona, oznacza, Kościół, zasmuconą/radosną matkę, która z pomocą Bożą przywiodła mnie do nowego życia na chrzcie, oświeca mój umysł Słowem Bożym, karmi mą duszę na Wieczerzy Pańskiej, obejmuje moje umierające ciało jak druga Pieta. Doprawdy to paradoks, dlatego że tak wielu ochrzczonych katolików uważało Kościół żywy za paradoks, może nawet za sprzeczność. Zbyt wielu go opuściło; byli bowiem ignorowani lub obrażani, nierozumiani lub źle reprezentowani, strasznie dotknięci, być może śmiertelnie zranieni przez swój Kościół, uciekli do wspólnot o chrześcijańskim miłosierdziu. Dla tych wszystkich, dla nas wszystkich, pozwólcie mi zakończyć fragmentem przeżyć głębokiego teologa francuskiego Henri de Lubaca. Wiele wycierpiał od możnych w Kościele, ale najlepiej pamiętam, jak wypowiadał się o Kościele na międzynarodowym zjeździe w Notre Damę: 

Mówią mi, że jest święty, a widzę, że jest pełen grzeszników. Mówią mi, że jego misją jest oderwanie nas od ziemskich trosk... a widzę, jak stale zajmuje się sprawami tej ziemi i czasu, jakby chciał, żebyśmy żyli tu wiecznie. Zapewnia się mnie, że jest powszechny, tak otwarty jak Boża inteligencja i miłosierdzie, a ja bardzo często zauważam, że jego członkowie... tłoczą się w zamkniętych grupach - tak jak ludzie robią wszędzie... Mimo to w tej wspólnocie znajduję moją podporę, moją siłę i mą radość. Kościół, on jest moją matką. 

Moja podpora, moja siła, moja radość, ...moja matka. Mój Kościół. Wszystko to na twarzy pogrążonej w smutku kobiety. „Oto Matka twoja”.