Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego

Słowo Siódme

Łk 23, 46 

Przez lata medytowałem nad ostatnimi słowami Jezusa z młodzieńczą prostotą. Wydawały się tak naturalne, tak oczywiste - właśnie to, czego uczeń Jezusa oczekuje, co pragnie usłyszeć z ust swego Mistrza. Jezus powtarza tutaj werset z jednego z hebrajskich psalmów (31, 6), z psalmu, w którym psalmista modli się o uwolnienie z rąk nieprzyjaciół i wyraża swą ufność w Panu: 

Skłoń ku mnie ucho, 
pośpiesz, aby mnie ocalić. 
Bądź dla mnie skałą mocną, 
warownią, aby mnie ocalić. 
Ty bowiem jesteś dla mnie skałą i twierdzą; 
przez wzgląd na imię Twoje kieruj mną i prowadź mnie! 
Wydobądź mnie z sieci zastawionej na mnie, 
bo Ty jesteś moją ucieczką. 
W ręce Twoje powierzam ducha mojego: 
Ty mnie wybawiłeś, Panie, Boże wierny! 
(Ps 31, 3-6) 

W późniejszej tradycji rabinicznej ten śliczny werset: „W ręce Twoje powierzam ducha mojego” był używany jako część modlitwy wieczornej, którą uczeń powinien był odmawiać przed pójściem spać. Ja sam mówię go cicho, gdy Kompleta mojego brewiarza ma się ku końcowi. Jakże to było wzruszające, że Jezus oddał siebie raz na zawsze w ręce Ojca, którego kochał ponad wszystko! 

II 

Dopiero w ostatnich latach głębiej wejrzałem w ten okrzyk całkowitego poddania. Zobaczyłem, jak Pismo Święte przedstawia życie Jezusa nie tylko jako życie miłości, ale jako wyjątkowe połączenie trzech Bożych darów: wiary, nadziei i miłości. To przez jedność tych trzech darów Jezus umierając poddał bezwarunkowo samego siebie tej absolutnej tajemnicy, którą nazywał swym Ojcem, a w którego ręce powierzył swe istnienie, kiedy w noc swej śmierci i opuszczenia przez Boga został pozbawiony wszystkiego, [co uważamy za] ludzkie istnienie... Wszystko od niego odpadło, nawet [niezawodne uczucie serdecznej miłości Boga] i na tych bezdrożach ciemności zapanowała cicho tylko ta tajemnica, która... nie ma imienia i której spokojnie się poddał jako wiecznej miłości, a nie piekłu bezskuteczności..[Karl Rahner] 

Chodzi tutaj o rzecz następującą. Nawet dla Jezusa, Syna Bożego w ludzkim ciele, „śmierć [była] najwyższym i najbardziej radykalnym aktem wiary”. Wiara. Jezus wierzył, Jezus ufał, Jezus miał nadzieję. Był przeświadczony, że powstanie z martwych. Jednakże dla waszego pocieszenia, pamiętajcie o tym: zmartwychwstanie Jezusa nie było czymś, czego osobiście doświadczył; nie było to coś, czego mógł rozstrzygająco dowieść przy pomocy samego rozumu. Pomimo tego, że był Synem Bożym, człowiek ten umarł tak, jak my umieramy: bez doświadczenia zmartwychwstania, bez niepodważalnego argumentu logicznego. Jezus umarł z wiarą w swego Ojca, z ufnością w Ojcowską miłość, z żywą nadzieją, że będzie żył na wieki. 

Takie ważne, aby to pojąć. Dla Jezusa śmierć nie była udawaniem; śmierć była zstąpieniem w ciemność. Tak, wierzył, że na końcu tunelu rozbłyśnie światło. Lecz mimo to musiał stawić czoła ciemności, nieznanemu. I to było przerażające. Pamiętacie, jak w ogrodzie Getsemani sama bliskość śmierci sprawiła, że okrył się krwawym potem - dosłownie. Trzeba było anioła z nieba, aby Go umocnił. A w tych ostatnich chwilach trzeba było więcej niż anioła; trzeba było całej wiary, którą wlał w Niego Jego Ojciec, całej nadziei, którą zebrał wraz z Matką w Nazarecie, całej ufności, którą dzielił z uczniami przez trzy słodko-gorzkie lata. To za sprawą takiej wiary, takiej nadziei, takiej ufności, mógł zawołać donośnym głosem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Powierzam ducha mojego. Z ufnością oddaję wszystko, czym jestem, Twojej miłości.

I tak „skłoniwszy głowę, oddał ducha” (J 19, 30). Nie zabrano Mu go; oddał go, dobrowolnie, swemu Ojcu. 

III 

A ty i ja? To prawda, umieranie z Chrystusem to nie pojedyncze wydarzenie. Dla chrześcijan powinno być doświadczeniem całego życia, rezygnowaniem wiele razy z tak wielu rzeczy, które są nam drogie. Jednakże w życiu każdego człowieka przyjdzie szczególnie krytyczna chwila, kiedy Bóg zażąda od nas, byśmy zrezygnowali raz na zawsze, byśmy opuścili nasze ziemskie istnienie, wszystko to, co nazywamy ludzkim życiem; dom, najdroższych, majętności, ludzki dotyk, samego siebie. To rozdzielenie ciała od ducha jest zejściem w ciemność, i to może być przerażające, z uzasadnionych powodów. W śmierci każdej osoby ginie coś absolutnie niepowtarzalnego. Nie jakieś „to”, jak wtedy, gdy umiera zwierzę. Przed wielu laty pewien filozof katolicki ujął to mocno, kiedy pisał o śmierci swej żony: „Kiedy umiera istota ludzka, «ja» ginie dla świata, a «ty» dla tych, co ją przeżyją”.

 

Na tę godzinę nie ma czysto ludzkiego panaceum, nie ma medycznego lekarstwa na wszystko. Tylko jedna rzecz może przekształcić tę ostatnią godzinę z protestu w akceptację, z udręczonego „Zabierz ode mnie ten kielich” w spokojne „W Twoje ręce”. Za św. Pawłem chrześcijanin powinien być w stanie powiedzieć: „Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk” (Flp 1, 21). Jednakże to przekonanie wymusza nową postawę. W obliczu śmierci nie śmiem być „zrezygnowany”; to jest niewystarczająco chrześcijańskie; ja wciąż traktuję śmierć jak „wroga”. Przeciwnie, wnikliwi teologowie utrzymują, że śmierć nie powinna być doświadczeniem, które znoszę, ale aktem, którego osobiście dokonuję. Nie eutanazja; po prostu bezwarunkowe „tak”. Kiedy Jezus zawołał: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”, afirmował życie. Właśnie to ja, jako chrześcijanin, muszę głosić swym ostatnim tchnieniem: mam życie. Tylko przy takiej postawie śmierć może być aktem, którego osobiście dokonuję. Ja umieram

Nie jest to łatwe. Sugeruję, że jest to wykonalne tylko wtedy, jeśli szedłem za Ukrzyżowanym, umierając z Nim przez całe, lub dużą część, mego życia - to, co Karl Rahner nazwał: „wszystkie te krótkie chwile umierania na raty”. Jeśli jako uczeń Chrystusa jestem posłuszny Jego wezwaniu i biorę swój krzyż każdego dnia, krzyż ostatni może mi się wydać nie tylko nieunikniony, ale całkiem oczekiwany - jak finał w fascynującej symfonii. 

Drogi Panie: myślę, że tym, co mnie przeraża, jest to krótkie słowo: „śmierć”. Tak brzmi jak coś nieodwołalnego, Daj mi łaskę przesłonięcia jej innym słowem: życie. Daj mi łaskę przypomnienia sobie tego, co powiedziałeś do siostry Łazarza, Marty, kiedy wyznała swą wiarę, że jej brat „zmartwychwstanie w dniu ostatecznym”. Poprawiłeś ją: „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J II, 25-26). Podziel się ze mną tą pewnością, którą wyraziłeś wraz ze swym ostatnim tchnieniem: Twą ufnością, że „śmierć” jest tak krótka, jak czas potrzebny na wyszeptanie tego słowa. Niech ufam Twemu słowu, że to, co nazwałeś „życiem wiecznym” (J 17, 3), życie ducha, moje życie z Tobą, nie kończy się grobem, w rzeczywistości nigdy się nie kończy. Niech to będzie wiara, którą mam w moim sercu, gdy wargi mówią cicho: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. 

St. James Cathedral 
Seattle, Waszyngton 
1 kwietnia 1994 r.