Pragnę

Słowo Piąte

J 19, 28 
Pojedyncze greckie słowo w Ewangelii św. Jana: dipso. „Pragnę” (J 19, 28). Na pozór proste, ale jest w nim więcej, niż się wydaje, jest głębia znaczenia, której żaden słownik greki sam nie mógłby uchwycić. 


Na pozór dwie rzeczywistości wydają się wystarczająco jasne. Po pierwsze, Jezus był fizycznie spragniony; Jego wargi, usta, gardło były straszliwie wysuszone. Jakżeby mogło być inaczej? Przez całą noc w więzieniu, plecy ubiczowane, głowa ukoronowana cierniem, na plecach krzyż od więzienia do Golgoty, powieszony na krzyżu od trzech godzin - jakże musiał pragnąć tej wody, o którą prosił Samarytankę, tego kubka zimnej wody, który kazał nam dawać innym w Jego imię! Być może przypominał sobie własną przypowieść o bogaczu i Łazarzu, modlitwę bogacza w piekle: „Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu” (Łk 16, 24). Tak, Jezus pragnął wody. 
Fakt drugi: jak mówi nam Jan, Jezus powiedział, że pragnie, „aby się wypełniło Pismo”. Jakie Pismo? Może psalm 69, 22: „Dali mi jako pokarm truciznę, a gdy byłem spragniony, poili mnie octem”. Możliwe, że psalm 22, 16: „Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia”. 
Niech nie będzie co do tego żadnych nieporozumień. Nawet wypełnienie Pisma nie zwilżyło warg Jezusa. Cierpiał pragnienie potępionych; był tak spragniony, jak bogacz w piekle. 

II 
To są proste wyjaśnienia; mają sens, trzymają się faktów. Jednakże jeszcze raz pozwólcie mi zasugerować coś jeszcze bardziej ubogacającego nasze rozumienie Kalwarii. Wiąże się to z Janem Ewangelistą i jego symboliką. Mam tu na myśli częste używanie przez niego słów i zwrotów, które sugerują więcej, niż mogą wyraźnie powiedzieć. Jak możemy połączyć Jezusowe „Pragnę” z własną symboliką Jana

Zacznijmy od wydarzenia ewangelicznego na pewno wam znanego. Pamiętacie, jak Piotr, by ochronić Jezusa, dobył miecza i odciął prawe ucho Malchusowi, słudze arcykapłana. Co Jezus powiedział do Piotra? „Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec?” (J 18, 11). Jaki kielich? Cierpienie i śmierć. Przypomnijcie sobie, jak Jezus klęczał w ogrodzie Getsemani pokryty krwawym potem, ponieważ Jego ciało wzdragało się przed cierpieniem, przed śmiercią, a jednak się modlił: ,,Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie” (Łk 22, 42). Na krzyżu samo pragnienie fizyczne, pragnienie takie, jakie się czuje po dniu bez wody na pustyni, było zaiste ogromne; lecz nie pragnienie fizyczne przeważało w umyśle Jezusa. Ponad wszystko Jezus pragnął wypić kielich cierpienia i śmierci, wypić go do ostatniej kropli. Dlaczego? Dlatego, że tylko wtedy, kiedy zakosztował gorzkiego wina śmierci, wola Jego Ojca została wypełniona. 

Co zatem było najgłębszym pragnieniem Jezusa, o wiele większym niż pragnienie wody lub wina? Po prostu, pragnął wypełnić to, po co się narodził. Bardziej niż czegokolwiek innego w życiu pragnął śmierci. Za nas. Z czystej miłości. 


III 
A my? Dziś po południu nie jesteśmy widzami na Kalwarii, nawet współczującymi widzami, czuwającymi przy umierającym poza murami Jerozolimy, przyglądającymi się ze smutkiem, jak umiera dobry człowiek. Kalwaria jest dzisiaj, kielich Jezusa jest naszym kielichem. Ten kielich to nasze cierpienie, nasze umieranie. Nie chorobliwa koncentracja na naszym ostatnim tchnieniu, ale pragnienie jako nasz udział w odkupieniu dokonanym przez Jezusa. Św. Paweł ujął to dojmująco dla nas wszystkich, pisząc do chrześcijan z Kolosach w Azji Mniejszej: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24). Naszym zadaniem jako chrześcijan, jako naśladowców Chrystusa, jest właśnie kontynuowanie Jego dzieła odkupienia, jest przynoszenie Jego życia naszej cząstce Bożego świata. 
To nie jest masochizm: „Dołóż mi jeszcze, Panie!”. Cierpienie samo w sobie nie jest ani dobre, ani złe. Pytaniem rozstrzygającym jest: dlaczego? Co nadaje cierpieniu znaczenie? Co przemienia zwykłe cierpienie w ofiarę? Na Kalwarii to była miłość, „Tak bowiem Bóg umiłował świat” (J 3, 16). „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem” (J 15, 9). Lecz dlaczego życie poprzez śmierć? Jezus ujął to mocno: „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12, 24). To jest tajemnica paschalna: nie ma Wielkanocy bez Wielkiego Piątku.

 

Tym umieraniem nie jest po prostu nasze ostatnie tchnienie; tym umieraniem jest krzyż codzienny, całkowite oddanie się Bogu dla innych. Takie było doświadczenie chrześcijańskie od Kalwarii, „Pragnę” wspólnoty Chrystusa. W naszych czasach Dorothy Day, która daje życie i miłość uciskanym Nowego Jorku, dzieląc z nimi ich nędzę, żyjąc dosłownie razem z ich szczurami i chorobami. Czarna franciszkanka Thea Bowman, która, chora na raka, jeżdżąc po kraju na wózku inwalidzkim, modląc się nieustannie: „Panie, pozwól mi żyć, dopóki nie umrę”, pozwól mi „żyć, kochać i w pełni służyć, dopóki śmierć nie przyjdzie”, pomaga zmienić życie innym. Martin Luther King jr, który wystawił na strzały swe serce i mózg po to, by wszystkie dzieci Boże mogły być „nareszcie wolne”. Luteranin Dietrich Bonhoeffer, który bez lęku poszedł na hitlerowską szubienicę nieustannie głosząc, że nasze podobieństwo do Boga jest kwestią relacji: bycie wolnym to bycie dla drugiego człowieka. Matka Teresa, która przygarnia wyrzutków Kalkuty, sieroty Bejrutu, nosicieli wirusa HIV w Dystrykcie Kolumbii po to, by wszyscy mogli przynajmniej umrzeć z godnością. Polski franciszkanin Maksymilian Kolbe, który zajął miejsce żonatego mężczyzny, wyznaczonego przez hitlerowców na śmierć, po to, by ten mógł żyć dla swej rodziny. 
Sedno w tym, że źródłem pragnienia ich wszystkich była miłość. Miłość nie do Boga w przestrzeni kosmicznej, ale do Chrystusa ukrzyżowanego za murami Jerozolimy. Miłość nie do abstrakcyjnej ludzkości, ale do każdego człowieka - obrazu Boga. Tak byli spragnieni, że cierpieli, fizycznie cierpieli, słysząc wołania ubogich, patrząc na wygłodzone brzuchy, dotykając rozpalonych gorączką lub zziębniętych jak lód ciał bezdomnych, czując odór czyjegoś umierania. 
Mój spragniony Jezusie: stwierdzam, że moje wargi też dotkliwie wysychają. Lecz zwykle dlatego, że się boję... o siebie. Kaftan bezpieczeństwa, kłopotliwe położenie, z którego nie ma ucieczki. Rzadko dręczy mnie pragnienie dlatego, że co roku na naszej ziemi ludzi wolnych prawie dwóm milionom bezbronnych istot ludzkich przemocą nie pozwala się urodzić; dlatego, że na każdych pięcioro amerykańskich dzieci jedno dorasta głodne; dlatego, że milion dzieci co noc śpi na naszych ulicach, wiele z nich bierze narkotyki i uprawia prostytucję; dlatego, że dzieci w Dystrykcie Kolumbii są tak narażone na przemoc, że przygotowują swe własne pogrzeby; dlatego, że w mojej okolicy starsi ludzie grzebią w pojemnikach na śmieci w poszukiwaniu jedzenia, które tak lekko wyrzucam; dlatego, że miliony uchodźców zraszają drogi tego świata swymi łzami. Tak więc, drogi Jezu, spraw, by mój język przywarł do podniebienia. Spraw, bym był spragniony takiej miłości, która przynosi życie tym, którzy go nie mają. Jednym słowem, drogi Panie, obudź we mnie Twego Ducha, aby rozpalił moje serce, bym mógł dotykać innych płomieniem Twojej miłości. Niech co dzień moja głęboka modlitwa zaczyna się od słowa: „Pragnę”.