Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?

Słowo Czwarte

Mt 27, 46 Mk 15, 34


Najbardziej dręczące dla mnie na tym świecie byłoby poczucie całkowitej samotności. Świadomość, że nikomu na mnie nie zależy, że nikt mnie nie kocha, że dla nikogo nie ma znaczenia, czy żyję, czy umieram. Kiedy nawet Bóg, w którym pokładałem swą ufność, odsunął się ode mnie, wydaje się, jakby Go nie było, być może nie zależy Mu na mnie. 

Czy faktycznie odkrywamy taką chwilę, gdy stoimy pod krzyżem? Około godziny trzeciej w pewien mroczny piątek ukrzyżowany Żyd zwany Jezusem woła „donośnym głosem «Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?»” (Mt 27, 46; Mk 15, 34). Nie mieści mi się to w głowie. Ten Jezus, o którym Ojciec powiedział: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 17, 5); ten Jezus, który mógł powiedzieć: „Ten, który Mnie posłał... nie pozostawił Mnie samego” (J 8, 29); ten Jezus, który ma właśnie spełnić wszystko, czego się podjął przyjmując ciało, dokonać najbardziej nadzwyczajnego aktu miłości, wybawić ludzkość od grzechu, swego „ja” i szatana; ten Jezus, który otoczony jest szydzącymi wrogami, który widział, jak Jego najdrożsi przyjaciele pierzchają w strachu, który właśnie oddał swą Matkę uczniowi, którego najbardziej kochał - czy naprawdę może doświadczać w tej całej strasznej rzeczywistości nieobecności Boga, nieobecności swego Ojca? 
Gdy byłem młodszy, reagowałem głośnym i wyraźnym „nie”. Nie Jezus; nie własny Syn Boga w ciele. Były uzasadnione podstawy, by nie brać Jezusowego krzyku opuszczenia w jego oczywistym sensie. Przecież znawcy Pisma Świętego przypominali nam, że Jezus po prostu recytuje psalm 22, wołanie sprawiedliwego człowieka w głębokim strapieniu: 
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? 
Daleko do mego Wybawcy słowa mego jęku. 
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, 
[wołam] i nocą, a nie zaznaję pokoju. 
(Ps 22, 2-3)
 
Nie, mówiłem. W najgorszym przypadku jest to rodzaj przesady, jakiej się używa, kiedy życie osiąga dno, kiedy załamało się wszystko, co było człowiekowi drogie. W końcu Jezus przecież powiedział „Boże mój, Boże mój”. W takim okrzyku czyż Bóg może być całkowicie nieobecny?

W narastającym zmierzchu mojego istnienia nie jestem już taki pewny. Jezus nie gra, Jego męka to nie udawanie. Pamiętajcie, dlaczego Jezus przyjął nasze ciało, urodził się, tak jak my się rodzimy. Bóg mógł był doprowadzić do naszego zbawienia na wiele różnych sposobów. Bóg zdecydował jednak, że nas zbawi poprzez ciało takie, jak nasze, poprzezBoga-człowieka. Syn Boży stał się jednym z nas, ponieważ chciał doświadczyć tego, czego my doświadczamy tak, jak my tego doświadczamy. Przypomnijcie sobie nowotestamentowy List do Hebrajczyków: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu”

(Hbr 4, 15). Ten Jezus, który wziął na siebie nie tylko nasze ciało, ale wszystko, co czyni nas ludźmi oprócz grzechu, wziął na siebie naszą samotność. Samotność każdej matki, gdy pragnie przytulić swe nienarodzone dziecko, czy będzie ono zdradzieckie jak Judasz, skruszone jak Piotr, czy serdeczne jak Jan. Samotność ludzi nie mających przyjaciół, wyrzutków społeczeństwa, uchodźców, ludzi starych. Samotność każdego człowieka ukrzyżowanego pomiędzy niebem a ziemią, nie mogącego zobaczyć Boga przez chmury, ukochanych przez łzy. 

Nie rozpacz, nie bezradność. Jezus rzeczywiście doświadczył uczuć samotności, porzucenia, opuszczenia przez Boga, które możemy ledwie zacząć sobie wyobrażać. Jednak nigdy nie przestał ufać. Jest to rzeczywiście okrzyk strapienia: Bóg wydał Go w ręce wrogów. I pomimo decyzji, by za nas umrzeć, Jego ciało się przeciwko temu buntowało. Przypomnijcie sobie Jego bolesną modlitwę w Getsemani: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich!” (Łk 22, 42). Dobry Boże, nie pozwól mi umrzeć! Jednakże, jak człowiek sprawiedliwy w psalmie 22, mówi dalej: „Boże mój, Boże mój - I to cały psalm 22, nie tylko pierwsza linijka, tkwi w Jego okrzyku opuszczenia: 

Tobie zaufali nasi przodkowie, 
Zaufali, a Tyś ich uwolnił; 
do Ciebie wołali i zostali zbawieni, 
Tobie ufali i nie doznali wstydu. 
(Ps 22, 5-6) 

A my? Kilka tygodni temu rozmawiałem osobiście z dwiema młodymi kobietami. Każda doświadczyła druzgocącej straty w wyniku czyjejś śmierci. Jedna straciła ojca, ciągle pytała: „Gdzie on teraz jest?”, potrafiła się modlić tylko słowami: „Boże, proszę, istniej!” Druga straciła dziecko po około 14 tygodniach ciąży, a z nim straciła przekonanie o przenikającej wszystko obecności Bożej, a tam, gdzie w jej życiu była modlitwa, teraz znajduje olbrzymią lukę. W rezultacie każda z nich pyta: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”

 

Drodzy przyjaciele, samotność, poczucie opuszczenia, wydaje się iść ręka w rękę z życiem ludzkim. Smutek ten staje się coraz bardziej naszym, gdy mijają lata, gdy Bóg wyzuwa nas, tak jak Bóg wyzuł Jezusa, z jednego po drugim przywiązania, które są gorzką słodyczą życia na ziemi: z ludzi, których kochamy, rzeczy, które hołubimy, nawet z samego życia. A, jak wiecie, niektórzy z najbardziej niezwykłych świętych w naszej historii doświadczyli tego, co jest nazywane „ciemną nocą duszy”, nie mogli nigdzie znaleźć Boga, przestali się modlić, kwestionowali, czy Boga nawet to obchodzi. 
To się zdarza. Czy jest jakaś rada na uczucie opuszczenia, nawet przez Boga? Nie mam automatycznego przycisku, niezawodnego dla każdego chrześcijanina. Proponuję podejście podwójne. 
Po pierwsze, muszę połączyć moje uczucie opuszczenia przez Boga z Jezusowym poczuciem opuszczenia przez Ojca. Dlaczego? Dlatego, że Jezusowe doświadczenie przerażającego osamotnienia na krzyżu, tak jak Jego uczucie głodu na pustyni, jak krwawy pot w Ogrójcu, nie było jakimś odosobnionym przypadkiem, niezwiązanym z niczym innym; było częścią Jego zbawczej roli. Myślę tutaj o tym, że miało ono swoją funkcję w sprowadzeniu Bożej łaski, Bożej miłości, do grzesznej ludzkości, do ciebie i mnie. 
Po drugie, tak jak sprawiedliwy w psalmie 22, też mogę mówić cicho z głębi opuszczenia: „Boże mój”. Albowiem, jak ktoś to wyjątkowo trafnie sformułował, Bóg nie opuszcza nas, o ile my najpierw nie opuścimy Boga. A nawet wtedy prawdziwie brzmią słowa Pana do Izraela na wygnaniu: 
Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, 
ta, która kocha syna swego łona? 
A nawet, gdyby ona zapomniała, 
Ja nie zapomnę o tobie. 
Oto wyryłem cię na obu dłoniach. 
(Iz 49, 15-16)
 
Co by nie było, Bóg jest, Bóg jest tutaj. Wierzcie w to, zwłaszcza wtedy, kiedy nie macie takiego poczucia, kiedy tego nie czujecie. Wierzcie, czy nie, Bogu zależy - niezmiernie bardziej niż tobie i mnie. 
Drogi opuszczony Zbawicielu. Jest dzisiaj wśród wielu nowe naleganie, że Ty jakoś opuściłeś swój Kościół. W mękach, które dręczą nas jako jednostki i jako instytucję, w niewiernościach i niesprawiedliwościach, które kalają nasze chrześcijańskie gniazdo, tak trudno odnaleźć Twoją twarz. W tym świętym dniu daj nam łaskę odczucia Twojej nieustannej obecności: w naszym wspólnym zgromadzeniu, w Słowie, które jest nam głoszone, w Chlebie, którym się dzielimy, w Twoim obrazie na twarzach nieszczęsnych, tych, którzy krzyczą z głębi pustych żołądków, lub pustych serc: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”