Radość przepełniająca serce Maryi po zwiastowaniu jest tak wielka, że nie zraża Ją długa (ok. 160 km) i męcząca podróż z Nazaretu do Ain Karim, gdzie pełna podekscytowania udaje się do domu Elżbiety przeczuwając, jak wiele mają sobie do powiedzenia. Maryja wiedziała, że Jej kuzynka sama dostąpiła wielkiego cudu, toteż jej łatwiej, również łatwiej, niż Józefowi, będzie uwierzyć w cud, który Ona nosiła pod sercem.
Mężczyzna domaga się dowodów, kobieta patrzy sercem. Może dlatego Jezus po zmartwychwstaniu ukazał się najpierw niewiastom i może dlatego o niektórych sprawach łatwiej jest powiedzieć przyjaciółce, niż własnemu mężowi. Maryja jako ta „szczęśliwa, która uwierzyła”, nie chce i nie może tak wielkiej radości zatrzymywać dla siebie, pragnie ją dzielić, pomnażać. W tym odruchu serca Maryi uwidacznia się prawda o tym, że „szczęście to jedyna wartość, która się mnoży, jeśli się ją dzieli”.
Radość Maryi nawiedzającej i uwielbiającej w „Magnifikat” miłosierdzie Boże jest tak ogromna, że udziela się tym, którzy słuchają radosnej nowiny: „Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę” (Łk 1,41).
Jednakże, aby nieść radość innym, aby inni mogli „skakać z radości” na nasz widok, trzeba najpierw samemu tę radość posiadać, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy głęboko zjednoczeni z Jezusem, jak Maryja, która Go nosiła w sobie.
Maryja udając się do Elżbiety jest już żywą świątynią Boga, jest już monstrancją, która niesie Chrystusa do braci i sióstr. Idzie do Elżbiety, aby Ją ubogacić swoją radością, ale też, aby jej służyć, aby spełnić wobec niej uczynek miłosierdzia. Tym samym rysuje przed nami swoje prawdziwe posłannictwo, które jest też powołaniem każdego z nas, a mianowicie służba Bogu i ludziom, która niesie ze sobą prawdziwą radość.
Jan Paweł II nauczał, że „miłość i miłosierdzie względem bliźniego powinny wypływać z żywego kontaktu z Bogiem i do Niego ciągle się odnosić, ponieważ w trwaniu w Chrystusie jest nasza radość”. I w innym miejscu, wychodząc od myśli, że „więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu”, papież mówi: „Idąc za wewnętrznym przynagleniem, by czynić dar z siebie, niczego w zamian nie oczekując, wierzący doświadcza głębokiej duchowej satysfakcji”.
Każde prawdziwe szczęście, a takie może tylko wypływać z intymnej więzi z Bogiem, domaga się dzielenia i niezwykle uwrażliwia na sprawy innych ludzi. Miłość Boga i bliźniego to system naczyń połączonych: czym bardziej kocham Boga, tym bardziej kocham bliźniego i odwrotnie, nie można tego nigdy rozdzielić, gdyż miłość jest jedna.
Ksiądz Wacław Buryła rozważając tajemnicę Nawiedzenia pisze: „Maryja była szczęśliwa: doświadczyła napełnienia Światłem. Ale wiedziała, że szczęście, którego nie dzieli się z nikim, obumiera. Chciała, aby nie tylko w Jej życiu działy się wielkie rzeczy. Dlatego wyruszyła do Elżbiety. Dzisiejszy świat proponuje wygodny egoizm. Ludzie chcą być szczęśliwi, ale nie zależy im na tym, aby szczęśliwi byli także ci, którzy mieszkają w pobliżu. Nic dziwnego, że ludzie obserwujący chrześcijan nie widzą już światła. Bo światło pali się tylko tam, gdzie jest Miłość. Wiara otwiera na Boga. Ale musi także otwierać na ludzi. Bez tego jest tylko teatralność liturgicznych gestów i usta, które mechanicznie powtarzają słowa pacierzy”.
Służąc bliźnim, zajmując niejako ostatnie miejsce stajemy się prawdziwie wielcy, bo taka jest logika królestwa Bożego. Maryja też nie kontempluje swojego wyniesienia, lecz spieszy do Elżbiety, aby jej s ł u ż y ć. Ale spotkanie z Elżbietą, jak mówi Jan Paweł II „jest nie tylko spontanicznym wyrazem życzliwości, jaką Maryja okazuje krewnej, ale (…) ma charakter radosnego wydarzenia zbawczego. Do domu Zachariasza, który stracił mowę zawstydzony własnym niedowiarstwem, Maryja wnosi niespodziewanie całą radość swojej wiary otwartej i gotowej do służby. Nawiedzając św. Elżbietę, Maryja niejako zapowiada misję Jezusa, a współdziałając od samego początku swego macierzyństwa z odkupieńczym dziełem Syna, staje się wzorem tych członków Kościoła, którzy wyruszają w drogę, aby nieść światło i radość Chrystusa ludziom wszystkich krajów i wszystkich czasów.”
Nie ma lepszej szkoły miłości Boga i bliźniego, niż Eucharystia, bo to tutaj każdemu z nas Bóg czyni wielkie rzeczy, to tutaj po przyjęciu komunii świętej stajemy się jak Maryja „żywym tabernakulum” i tak jak Ona powinniśmy śpiewać pieśń uwielbienia i tak jak Ona powinniśmy nieść Boga do braci i sióstr. Aby promieniować światłem na innych, najpierw trzeba samemu to światło posiąść, a gdy się już nim napełni, nie można i nie wolno zatrzymać go dla siebie. Zofia Hartingh w swej przepięknej książce „Ku światłu” sprzed prawie stu lat pisze: „Ewolucja wewnętrzna powinna mieć na celu dobro nie tylko własne, ale i cudze. Owocem mądrości i miłości należy obdzielać wszystkich. W Atenach istniało prawo, na mocy którego każden, kto miał zapaloną pochodnię, a nie chciał światła jej udzielić drugim, karany bywał śmiercią”.
Bóg będąc wspólnotą Trzech Osób też nas powołuje do tworzenia wspólnoty, do tworzenia cywilizacji miłości, o której tak marzył Jan Paweł II.
Ojciec Jan Góra powiedział, że „wszystko, co jest życiem, szczególnie życie duchowe, rodzi się w spotkaniu. Nawiedzenie Elżbiety przez Maryję jest równocześnie nawiedzeniem Jana Chrzciciela przez Jezusa. To wielkie spotkanie zaowocuje objawieniem się Miłości”.
Maryjo, wyproś nam łaskę, aby nasze ludzkie spotkania objawiały Miłość, były jej odbiciem i pomnożeniem. Aby każdy człowiek, który się z nami spotyka wzrastał w poczuciu własnej godności, czuł się lepszy i radośniejszy.
Służebnico Pokorna i Matko Miłosierdzia wyproś nam dar rozumu, abyśmy – jak prosił św. Maksymilian – „w Twoich świętych dłoniach stali się narzędziami pojętnymi i uważnymi dla oczyszczenia i uświęcenia naszego grzesznego świata” i mogli prowadzić wszystkich potrzebujących w miłosierne ramiona Jezusa. Amen